Nie sadź tego, co modne. Sadź to, co potrzebne – rozmowa z Mikołajem Siemaszko o ochronie przyrody i roli dzikich zapylaczy
Dlaczego dzika pszczoła potrzebuje naszej uwagi bardziej niż pszczoła miodna? Czy „miododajna” to zawsze dobra roślina? I dlaczego robinia akacjowa, choć piękna, powinna zniknąć z naszych ogrodów? O ochronie rodzimych gatunków, edukacji ekologicznej i obywatelskim oporze wobec niszczenia przyrody rozmawiamy z Mikołajem Siemaszko — przyrodnikiem, społecznikiem i koordynatorem wielu inicjatyw na rzecz środowiska naturalnego.
Mikołaj Siemaszko od lat aktywnie działa na rzecz ochrony polskiej przyrody — zarówno jako edukator, jak i społecznik zaangażowany w walkę z dewastacją cennych obszarów przyrodniczych. Jego działania łączą wiedzę naukową z praktyką obywatelską. W rozmowie dzieli się doświadczeniami z pracy u podstaw, wyjaśnia, dlaczego popularne „miododajne” rośliny bywają zagrożeniem dla rodzimej fauny i tłumaczy, jakie zmiany systemowe są niezbędne, by skutecznie chronić bioróżnorodność w Polsce. To głos pasjonata, który zamiast biernie przyglądać się niszczeniu środowiska — działa.


Przedstaw się nam i opowiedz o sobie.
Mikołaj Siemaszko. Jestem przyrodnikiem i społecznikiem zaangażowanym w ochronę środowiska oraz edukację przyrodniczą. Od lat działam na rzecz ochrony cennych przyrodniczo obszarów w Polsce.
Co sprawiło, że zainteresował się Pan ochroną przyrody i sozologią? Czy pamięta Pan moment, który szczególnie wpłynął na tę decyzję?
Już od dziecka dzięki rodzicom spędzałem dużo czasu na łonie natury. W naszym domu zawsze były zwierzęta. Choć przyroda była obecna w moim życiu od najmłodszych lat, na poważnie zająłem się nią jako dorosły. Zauważyłem wtedy, że w mojej rodzinnej gminie dzieją się niepokojące rzeczy — drzewa znikały w zastraszającym tempie, a cenne tereny przyrodnicze były zabudowywane. W odpowiedzi na te problemy założyłem nieformalną grupę „Czechowiczanie dla Przyrody”, a z czasem zacząłem pomagać mieszkańcom z całej Polski w sprawach związanych z konfliktami na linii przyroda–inwestor.
Jakie działania na rzecz ochrony środowiska są Panu najbliższe? Czy jest jakiś temat, który szczególnie Pana porusza?
Zajmuję się głównie ochroną cennych przyrodniczo obszarów w Polsce. Szczególnie bliskie są mi tematy związane z ochroną zapylaczy oraz przeciwdziałaniem rozprzestrzenianiu się gatunków inwazyjnych.
W jaki sposób łączy Pan pracę edukatora z działalnością społeczną? Czy uważa Pan, że edukacja ekologiczna naprawdę zmienia świadomość ludzi?
Działalność edukacyjna i społeczna są dla mnie nierozłączne. Edukując, jednocześnie działam. Pokazuję, jak skutecznie chronić przyrodę, nie tylko na poziomie wiedzy, ale też praktyki obywatelskiej. Niestety, sama edukacja to dziś za mało. Obecne prawo nie chroni skutecznie przyrody — każdego dnia dochodzi do legalnej dewastacji cennych siedlisk. Kary za bezprawne działania są zbyt niskie, by odstraszyć tych, którzy na niszczeniu środowiska zarabiają. Dlatego edukacja musi iść w parze z obywatelskim zaangażowaniem.
Jakie były największe wyzwania, z jakimi spotkał się Pan podczas realizowania projektów proekologicznych?
Największym wyzwaniem jest brak zrozumienia wartości przyrody przez decydentów. Zysk z wycięcia lasu pod inwestycję można łatwo przeliczyć na złotówki. Wartość ekosystemu — oczyszczania powietrza, magazynowania wody, siedlisk dla gatunków — trudno oszacować, przez co często przegrywa w starciu z krótkoterminowymi interesami ekonomicznymi.
Czy może Pan opowiedzieć o jednym ze swoich ulubionych projektów lub inicjatyw, w których brał Pan udział?
Jednym z moich ulubionych projektów jest tworzenie rezerwatu dla dzikich pszczół w gminie Łuków. Lokalny przyrodnik, Przemysław Laskowski, odkrył tam występowanie wielu rzadkich gatunków, w tym porobnicy paskowanej – pszczoły, która ma zaledwie kilka stanowisk w Polsce. Zostałem poproszony o pomoc i zostałem koordynatorem procesu — od utworzenia użytku ekologicznego po obecne działania na rzecz tworzenia rezerwatu. To trudny, ale bardzo satysfakcjonujący proces.
NIE DLA ROŚLIN MIODODAJNYCH! Sadźcie rodzime rośliny pyłko- i nektarodajne! – dlaczego?
W powszechnym rozumieniu „rośliny miododajne” to te, które „dają miód” – więc służą pszczole miodnej. Problem w tym, że pszczoła miodna nie jest gatunkiem zagrożonym — wręcz przeciwnie, jest zbyt liczna. Zagrożonych wyginięciem jest wiele dzikich zapylaczy, w tym dzikie pszczoły. Rośliny określane jako „miododajne” to często gatunki obce i inwazyjne, jak nawłoć kanadyjska, robinia akacjowa czy przegorzan węgierski. Dziko żyjące zapylacze potrzebują pyłku i nektaru roślin rodzimych — to z nimi są związane ewolucyjnie. Często występuje tzw. specjalizacja pokarmowa — konkretny zapylacz korzysta wyłącznie z jednej rośliny. Przykład? Żmijowiec zwyczajny i murarka nakamionka. Nie ma żmijowca — nie ma tej pszczoły.
Czym są rośliny inwazyjne i jakie są popularnie siane w Polsce?
Rośliny inwazyjne to gatunki obcego pochodzenia, sprowadzone przez człowieka z innych części świata. Ich pojawienie się może być celowe – np. jako rośliny ozdobne – lub przypadkowe, np. podczas transportu towarów. Wśród najczęściej sadzonych obecnie roślin inwazyjnych znajdują się m.in. winobluszcz pięciolistkowy i zaroślowy, budleja Dawida, robinia akacjowa czy łubin trwały. Co bardzo niepokojące, wiele z tych gatunków wciąż znajduje się w sprzedaży.
Co zatem sadzić/ siać, aby wspierać przyrodę, w tym zapylaczy?
Najlepiej sadzić różnorodne gatunki roślin rodzimych. Nie musi to być konkretna lista — każda roślina pochodząca z lokalnego ekosystemu ma swoich zapylaczy, którzy są z nią ewolucyjnie związani. Warto obserwować, co rośnie naturalnie w naszej okolicy i na tej podstawie dobierać gatunki do ogrodu. Trzeba jednak uważać — niektóre rośliny inwazyjne również rosną dziko, ale ich nie chcemy w swoich ogrodach, a tym bardziej w naturalnych ekosystemach — należy je zwalczać.
Czy wg Pana należałoby wprowadzić odgórny zakaz sprzedaży roślin inwazyjnych jak np. Budlei Dawida, naparstnicy, robinii akacjowej czy róży pomarszczonej?
Tak, uważam, że powinien\ zostać wprowadzony zakaz sprzedaży gatunków inwazyjnych lub potencjalnie inwazyjnych. Każda nowa roślina dopuszczana do sprzedaży powinna przejść niezależną ocenę pod kątem ryzyka inwazyjności. To tylko kwestia czasu, kiedy takie regulacje staną się standardem, ponieważ gatunki inwazyjne należą obecnie do pięciu głównych przyczyn utraty różnorodności biologicznej na świecie.



Jaka jest różnica między gatunkiem inwazyjnym a ekspansywnym?
Gatunek inwazyjny to organizm obcego pochodzenia, sprowadzony przez człowieka spoza jego naturalnego zasięgu. Po wprowadzeniu do nowego środowiska rozprzestrzenia się samodzielnie i zagraża lokalnym ekosystemom. Z kolei gatunek ekspansywny to taki, który jest rodzimy dla danego regionu, ale bardzo szybko i intensywnie się rozprzestrzenia — przykładem może być pokrzywa zwyczajna czy podagrycznik pospolity.
Dziękujemy Mikołajowi Siemaszce za inspirującą rozmowę i zaangażowanie w działania na rzecz ochrony przyrody. Jego praca to dowód na to, że zmiana zaczyna się od ludzi, którzy nie boją się działać — nawet wbrew dominującym trendom.
Wywiad przeprowadziła Dr Anna Górska