Zielone ogrody, trudne decyzje. Co powstrzymuje Brytyjczyków przed wspieraniem bioróżnorodności?
Przydomowy ogród może być małym rezerwatem przyrody — ale samo przekonanie ludzi do „bardziej ekologicznego” ogrodnictwa nie wystarcza. Badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii pokazuje, że o tym, czy pojawi się oczko wodne, kompostownik czy kwietna łąka, często decydują nie dobre chęci, lecz brak miejsca, czasu, pieniędzy i wiedzy. Naukowcy sugerują więc, że część odpowiedzialności za ochronę miejskiej przyrody powinna zostać przeniesiona z właścicieli ogrodów na politykę miejską i planowanie przestrzenne.
231 gospodarstw domowych i jedno podstawowe pytanie: co jesteśmy gotowi zrobić dla przyrody?
Kelly Hitchcock, Andrew Moss, Richard W. Yarnell, Gregory Counsell, Leah J. Williams, Kat Hamill i Simon Tollington to zespół związany m.in. z Nottingham Trent University oraz Chester Zoo, który przeprowadził ankietę wśród 231 gospodarstw domowych w Wielkiej Brytanii. Badacze pytali mieszkańców o gotowość do wprowadzenia w ogrodach dziesięciu elementów sprzyjających dzikiej przyrodzie, a następnie analizowali bariery za pomocą modelu COM-B, który zakłada, że zachowanie zależy od kompetencji i możliwości działania (Capability), warunków otoczenia (Opportunity) oraz motywacji (Motivation).
Wynik jest istotny właśnie dlatego, że badani nie byli grupą całkowicie obojętną na przyrodę — większość ogrodów już posiadała przynajmniej jeden element sprzyjający bioróżnorodności. Mimo to prawdopodobieństwo podjęcia kolejnych działań oceniono na zaledwie 37,5%. Największą gotowość budziło zakładanie łąk lub fragmentów ogrodu z dzikimi kwiatami, natomiast najmniej chętnie mieszkańcy deklarowali tworzenie kompostowników i oczek wodnych. Oznacza to, że dotychczasowe proekologiczne działania nie muszą automatycznie prowadzić do kolejnych.
Największym przeciwnikiem nie jest brak ekologicznej świadomości, lecz brak miejsca
Autorzy pokazali, że kluczową przeszkodą są przede wszystkim uwarunkowania praktyczne. Najczęściej wskazywaną kategorią barier była tzw. możliwość fizyczna — odpowiadała za 67,9% zgłaszanych ograniczeń, a szczególnie ważny okazał się brak przestrzeni. Kolejne problemy stanowiły bariery związane ze zdolnościami psychicznymi, m.in. brakiem wiedzy (20,5%), a następnie możliwościami społecznymi (6,2%) i zdolnościami fizycznymi (5,4%). Znaczenie miały także czas, wysiłek potrzebny do wykonania prac oraz koszty.
To ważne przesunięcie perspektywy, bo człowiek może być zwolennikiem ochrony przyrody, a mimo to nie mieć warunków, by działać. Co więcej, młodsi respondenci oraz mieszkańcy bardziej społeczno-ekonomicznie zdeprywowanych obszarów zgłaszali więcej przeszkód. Badanie pokazuje więc, że apel „zrób coś dla bioróżnorodności w swoim ogrodzie” może być zbyt uproszczony. Jeśli ogród jest niewielki, właściciel nie wie, jak zbudować dane rozwiązanie albo nie stać go na jego utrzymanie, sama motywacja ekologiczna nie rozwiązuje problemu.

Biodywersyfikacji nie da się urządzić wyłącznie na własną rękę
Najważniejszy wniosek artykułu dotyczy zatem nie pojedynczego ogrodnika, lecz systemu planowania miast. Hitchcock i współautorzy argumentują, że organizacje zajmujące się ochroną przyrody powinny w większym stopniu kierować działania do decydentów i innych podmiotów odpowiedzialnych za kształtowanie przestrzeni. Zamiast zakładać, że miliony właścicieli prywatnych ogrodów dobrowolnie wykonają kosztowne lub wymagające prace, można tworzyć rozwiązania, które już na etapie projektowania zabudowy uwzględniają potrzeby dzikich zwierząt.
Przykładem mogą być rozwiązania takie jak miejsca lęgowe dla ptaków czy przejścia dla jeży, uwzględniane w nowych inwestycjach mieszkaniowych. Autorzy nie twierdzą przy tym, że indywidualne działania są bez znaczenia. Ich argument jest szerszy: jeśli celem ma być poprawa bioróżnorodności na dużą skalę, nie można opierać strategii wyłącznie na indywidualnej motywacji mieszkańców. Potrzebne są rozwiązania tanie, niewymagające dużej przestrzeni i łatwe w utrzymaniu — oraz polityka, która sprawi, że ogród przyjazny przyrodzie będzie nie tylko wyborem właściciela, ale elementem dobrze zaprojektowanego miasta.
Royal Borough of Kingston upon Thames podaje, że otrzymuje około 200 skarg rocznie na zarośnięte ogrody, ale w większości przypadków nie ma podstaw prawnych, aby nakazać ich uporządkowanie. Samorząd stwierdza wręcz, że nie istnieje jeden standard, który określałby, jak ogród powinien wyglądać — i że dla jednej osoby „zaniedbany ogród” może być dla innej „rezerwatem przyrody”. Podobne stanowisko publikuje London Borough of Sutton.
W Wielkiej Brytanii krótko skoszony trawnik jest przede wszystkim normą kulturową, a nie uniwersalnym wymogiem prawnym — i właśnie dlatego zmiana sposobu koszenia wymaga zmiany społecznego wyobrażenia o tym, czym jest „zadbany” ogród.
Źródło:
Hitchcock K., Moss A., Yarnell R. W., Counsell G., Williams L. J., Hamill K., Tollington S. (2026), Barriers and opportunities for further enhancing urban garden biodiversity: Insights from a behaviour change model for the United Kingdom, People and Nature, DOI: 10.1002/pan3.70412. Artykuł ukazał się online 18 sierpnia 2026 r.